Dobroć

Dobroć
Anna i Georges – jej mąż

Anna Bojarska

DOBROĆ

 

Większość ludzi gardło poderżnie, życie złamie, a „przepraszam” nie powie!

 

W moim środowisku (co za słowo!) nie wychodziło się za mąż w wieku szesnastu lat w siódmym miesiącu ciąży. Brało się pigułki antykoncepcyjne, kończyło studia, robiło karierę, zaliczało rozlicznych narzeczonych. Aż tu nagle – Panie Święty! – huragan uczuć, kapelusz z woalką (welon z mirtowym wianuszkiem byłby może lekką przesadą), kostium od Chanel albo suknia z trenem, i w ogóle Na Wieki Wieków Amen. Pytałam moje znajome: „Ale dlaczego właśnie on?!!”. Znajome poprawiały norki albo baranice, obciągały bawełniane podkoszulki czy suknie od Diora, czerwieniły się, jąkały, aż w końcu wyduszały z siebie tę prawdę nad prawdy: „Bo wieesz… on jest dla mnie dobry!”. Tu chwytał mnie za każdym razem – mnie, ladacznicę-liberałkę – śmiech pusty. Dobry! Też coś! Jakby odezwało się zwierzątko domowe w noc wigilijną! Dobry! A cóż to znaczy?

Aż w końcu ja sama spotkałam kogoś, kto był dla mnie dobry, i wszystko zrozumiałam. I odszczekuję. Majko, Asiu, Krysiu, Aniko – przepraszam. Ja też w końcu spotkałam kogoś, kto był dla mnie dobry, i włożyłam kapelusz z woalką, i włożyłam obrączkę z brylancikami, i noszę na piątym palcu sygnet po jego mamusi, i śpię z nim do południa pod jedną pierzyną, i kłócę się z nim do upadłego, i gotuję dla niego pierwsze szparagi, i przyszywam mu guzik do koszuli, i kupuję sobie trzy kapelusze, kiedy jestem na niego wściekła. Bo wiecie co? Bo on jest dla mnie dobry. A cóż to znaczy? No właśnie.

Kochałam kiedyś pewnego polityka. Rozstaliśmy się. I wiecie, co zrobił, kiedy spotkaliśmy się po roku na jakiejś imprezie? Kopnął mnie w kostkę i cisnął mną o ścianę, przysięgam, moja siostra świadkiem. Podobał mi się inny polityk. Kiedy się rozeszliśmy, ostentacyjnie przestał mi się kłaniać. Typowe.

Byli też tacy, którzy mnie kochali. Pisali o mnie wiersze. Pisali do mnie namiętne listy. Mam tego pełną szufladę. Byłam dla nich Sensem Życia, Wenus, Artemidą, Złotą Boginią, otchłanią zmysłów, przepaścią bez dna, najdoskonalszym tworem Boga, powiernicą Boga, Rajem Utraconym, Rajem Odzyskanym, kryształem i gwiazdą zaranną, moje oczy były zielonymi tunelami otwartymi w zbawienie, moje ręce były rękami Madonny z ołtarza Wita Stwosza… Ach, czegóż to mężczyzna nie powie, kiedy jest pijany albo rozegzaltowany do białości! I co: lubili mnie ci faceci? Ani trochę. Byli dla mnie dobrzy? Ani trochę. Jeśli im (jak to mówią mężczyźni) „nie dałam”, pisali na mnie donosy i próbowali mnie wykończyć zawodowo. Jeśli „dałam”, kopali i ciskali o ścianę. Takie jest życie.

Majko, Asiu, Krysiu, Aniko, rozumiem, o co wam chodziło. Wyobraźcie sobie: siedzę w hotelowym pokoju z mężczyzną, którego jeszcze nie kocham, nie całkiem. Mamy iść na elegancką kolację. Ubieram się, maluję, spryskuję Samsarą i czekam. A on co? Telewizję ogląda. „Momencik, kochanie, chcę tylko sprawdzić, czy to ta sama bzdura, którą już widziałem, czy jakaś inna!”. Czekam. Czekam półtorej godziny! Wreszcie film się kończy. Mój mężczyzna z jękiem obrzydzenia wyłącza telewizor i widzi moją twarz zalaną łzami, i woła przerażony: „Co ci się stało?!”. A ja skanduję w ostatecznej furii: „Czekam! Czekam półtorej godziny! W makijażu! W kapeluszu! I żebyś oglądał coś, co lubisz! Bzdurę! Bzdurę oglądasz! Sam mówisz, że bzdurę! I że nudną! A ja…”. I nagle – Majko, Krysiu, słuchajcie – on chwyta mnie w ramiona i mówi: „Przepraszam! Kochanie, przepraszam! Zagapiłem się, straciłem rachubę czasu, nie widziałem, że czekasz, czemu mi nie przerwałaś?”.

Czy tuż potem nie musiało dojść do ślubu? Nigdy w życiu nikt mnie nie przeprosił! Za nic! Większość ludzi gardło poderżnie, życie złamie, a „przepraszam” nie powie! Z ognia ich wyciągniesz, pieniądze dasz w ciężkiej chwili na wieczne nieoddanie, a nie powiedzą „dziękuję”. Wielka rzecz się stała, kot się odezwał w noc wigilijną, to ja byłam tym kotem, to ja wyszlochałam: „Więc ty jesteś dla mnie dobry?!”.

A dalej jak zwykle.

Dobroć! Wiemy, jakie to piekło, kiedy jej nie ma. Kiedy ją spotkamy, gotowi jesteśmy iść za nią na koniec świata. On jest dla mnie dobry, ona jest dla mnie dobra, rozumiecie? Ach, dobroć, dobroć! Proszę, dziękuję, przepraszam, nic nie mów, napij się, połóż się, śpij, posiedzę przy tobie, zrobię ci herbaty, zdejmę ci buty, o nic się nie martw, wszystko załatwię, no, ciężko jest, ciężko, ale razem z tego wybrniemy, śpij. Ach, dobroć, dobroć! Wielka rzecz!

Był kiedyś taki serial Niewolnica Isaura. Istny anioł był z tej dziewczyny. We wszystkich krajach to oglądano, w prasie pisano: „Wszyscy jesteśmy niewolnikami Isaury”, a imię anioła – dotąd nikomu nie znane – stało się supermodne. Krytykowano w naszej prasie tępaków, zachwycających się serialem o słodkiej męczennicy, wyśmiewano modę na cudaczne brazylijskie imię w polskich wioskach i miasteczkach. Zapytała kiedyś jakaś dziennikarka robotnika, czemu dał córeczce imię Isaura. Robotnik odpowiedział: „Bo, wie pani… Isaura była dobra!”.

No, właśnie. Dobroć, ta rzadkość, ten cud nad cudy! Majko, Asiu, Aniko, rozumiemy się, prawda?

 

Twój Styl, 1996 nr 8, s. 24